ładnie idzie ;), dużo ćwiczę ;)
Było już 61,9kg przez moment, ale pofolgowałam sobie i znowu skoczyło do 62,9 ;).
Teraz, 62,5kg, ale centymetry, wow :P
Przypominam, iż drugi "cykl" odchudzania zaczęłam z wagą 72,3kg (2005-05-29):P
Czyli 10kg poszło precz! Ok, ok, zajęło mi to mnóstwo czasu, bo 10 miesięcy, ale mam nadzieję, że dzięki temu to będzie TRWAŁY efekt :P
Ale, ale, aktualne wymiary:
Wzrost: dalej 156
Waga: 62,5
Biust: 100
Pod biustem: 74,5
Talia: 71
Biodra: 98 (!!!)
Uda: 58 (!!!)
Ramiona: 30 (!!!)
:D
:D
:D
:D
:D
Przekroczyłam swoją magiczną granicę, której NIE MOGŁAM przekroczyć od pau dobrych lat!
63,7
63,7 :D
To oznacza, że od 29 maja schudłam 8,6kg.
To oznacza, że BMI z 29,71 spadło mi na 26,18 !!!
To oznacza, że chudnę :>, że mogę i że dam radę :P
Nie twierdzę, że skoro przez 3 miesiące schudłam prawie 10kg, to przez następne kolejne prawie 10kg i na imieniny będę ważyć prawie idealnie :P Nie, nie, nawet tego nie zakładam. Ile razy coś planowałam, zakładałam, marzyłam, myślałam - nie wychodziło.
Tym razem odchudzam się z dnia na dzień. Piję ogromne ilości soków FIT. W weekendy jem smakołyki, z lodami w Malinovej włącznie. NIE ZRAŻAM się wyższą wagą po takim weekendzie, bo wiem, że w następnych dniach spadnie.
To nic, że spada powoli. SPADA! To jest najważniejsze. SPADA!
A 63,7... to przekroczenie naprawdę magicznej granicy... ;)
Strasznie się cieszę! :D :D :D :D
Dużo zajęć od rana, nareszcie coś się dzieje, do biegu-gotowi-start, AKCJA!
:D
Dużo rzeczy, dużo działania, SUPER. Nareszcie, po ostatnich czterech nudnych dniach. Aczkolwiek, praca sekretarki, łatwa i w gruncie rzeczy powtarzalna i nudna - chwilami bywa przyjemna (wtedy kiedy mogę robić coś innego zamiast pracy :P :P :P)
Także, dzisiejszy dzień pełen ruchu - nareszcie mnie satysfakcjonuje. :P
:D
....ciekawe kiedy mi się na łebek zwalą klienci, przez ostatnie trzy dni było tak, że do 15:00 spokój, cisza, NIC się nie dzieje, a im bliżej 16:00, tym więcej się dzieje. Ale i tak, wolę moją pracę, sto razy...
skomentuj (0)
Zimno mi. Śpiąca jestem. Tylko trzy godzinki snu po wyczerpującej rozmowie, niezbyt przyjemnej ;), z mojej winy, PMS mnie dopadł, zaczęłam mieć wątpliwości i w ogóle... I nieważne.
Swoją drogą, PMS, teraz rozumiem ostatnie swoje chandry, które brały się z niczego, że też nie spojrzałam wcześniej w kalendarz... :P
Także, to sum up a little, zimno mi, śpiąca jestem, głodna :P i wynudzona.
Wciąż na zastępstwie za sekretarkę, siedzę, marznę, słucham radia (z irivera podłączonego do głośników) ;)
Nudzę się jak mops. Nawet nie przez to, że zajęcia bym sobie nie umiała znaleźć, bo wierzcie mi, umiałabym,...
Ale jestem na zastępstwie :P
Przez dwa tygodnie zamiast być adminem - udaję sekretarkę. W tym celu uśmiecham się rozkosznie, wyciągam najlepsze ciuchy.... i nudzę się w pracy piekielnie!
Ale ach, dzizas, jestem cały czas na tej nieszczęsnej granicy, waham się, waham się dookoła 64,5...
Tak bardzo chciałabym już to przekroczyć, zobaczyć mniej na wadze...
A już zobaczyć 59,9... :D Ale to jeszcze trochę czasu.... Skoro schudnięcie 7,5kg zajęło mi trzy miesiące...
:)
Dzisiaj w planach sałatka pizzohutowa z M, ale nie mam zamiaru się nażerać przesadnie ;)
I może madlenki moje ukochane sobie kupię w BlueCity na weekend... I fetę... i czarne oliwki... i cherry pomidorki.... mniaaaaam ;)
A póki co to zjem sobie rabarbarowo-waniliowego cukiereczka. Mniam. :>
Przez pogodę, z pewnością...
Szaro mi, jesiennie mi, deszczowo mi, smuuuuutnooo mi i nie wiem czego chcę!
Abu :(
Dzisiaj akurat zaczęłam źle, bo zamiast standardowej maleńkiej kanapeczki z wędlinką sojową - nie zjadłam nic. Nie zdążyłam, bo wymyśliłam sobie, że skoro się tak ładnie ostatnio czasowo wyrabiałam - to znaczy, że mogę wstać 15 minut później....
Już wiem, że nie mogę ;)
Soku też nie zdążyłam rano kupić, więc dzisiaj jestem o suchym pysku ;). (Mokrym raczej, bo żeby nie być głodną piję hektolitry czerwonej herbaty właśnie).
Generalnie rzecz biorąc kalorii przez ostatnie 3 miesiące nie liczyłam, ale jestem przekonana, że w ciągu tygodnia jadłam ok 1000, a w weekendy - ok 1800kcl - 2200kcl.
Zdarzało się również więcej kcl w dni poza weekendowe (np. w Katowicach ze Slimkiem jadłyśmy praktycznie ciągle :O hihi, ale swoją drogą penne z sosem quattro fromage, aaaaach, bajka, do dziś po nocach mi się śni... pyyyychaaaa ), po rolkach zdarzyło się czasami skoczyć na pizzę, nachos itd itp.
O czym to ja...
Aha, o jedzeniu... ;)
Dochodzę do smutnego wniosku, że pisanie bloga (a raczej pisanie o jedzeniu, NIE JEST sprzymierzeńcem odchudzania, bowiem pisząc - OD RAZU robię się głodna).
No.
I to by było na razie (!), na tyle.
Cya later, jeśli ktokolwiek tu jeszcze zagląda.... ;)
Zaczęłam na porządnie po raz kolejny 29 maja 2005, zresztą z pomocą Slimka ;), bo zaczęłyśmy razem :P
Idzie powoli, powoli, ale idzie. Wahania wagi duże.
Zaczęłam z wagą 72,3kg (2005-05-29), a dzisiaj ważę 64,8kg (2005-08-04).
Czyli przez trzy miesiące schudłam praktycznie tylko i wyłącznie 7,5kg.
Co robiłam, żeby schudnąć:
1. Przez pięć dni w tygodniu starałam się jeść mniej, piłam mnóstwo soków FIT, i tych z błonnikiem i tych z L-karnityną.
2. Przez pozostałe dwa dni w tygodniu pozwalałam sobie na smakołyki, obiady itd, oczywiście, bez przesady (rezultatem tego i tak były poniedziałkowe skoki wagi, ale przynajmniej odchudzanie było przyjemne)
3. Codziennie SZCZERZE wpisywałam do pięknego arkusza w excelu, stworzonego przez Slimka, swoją wagę i inne dane. Arkusz ten równie SZCZERZE i brutalnie pokazuje mi dzień w dzień, ile mi zostało do schudnięcia w kg, w procentach, jaki jest poziom mojego BMI itd itp. Super sprawa, motywuje bardzo!
4. Sport. Rolki sobie kupiłam. ;)
5. Vichy na nóżki. Działa. W każdym udzie ok. 4cm mniej niż w maju (!!!).
No, a poniżej jeden ze ślicznych, slimkowych wykresów, ten dotyczy mojej wagi (proszę bardzo jakie skoki) w okresie od 29 maja do 04 sierpnia. :)
And the winner is.......
Alfik!
////////
Alfik is back on track!